Posty

Opowieści z frontu (i nie tylko)

Nie jestem fanką historii wojennych. Właściwie nie ma znaczenia, czy to film, książka czy jakieś inne medium. Nasłuchałam się o wojnie od dziadków i sąsiadów, więc zwykle unikam tego tematu, kiedy wybieram film na wieczór. Jednak ostatnio zdarzyło mi się obejrzeć dwa takie filmy. Nie tylko je obejrzałam, w dodatku mi się podobały. Pierwszy z tych filmów to Furia . Jest to opowieść wojenna, ale tylko na pozór. Właściwie jest to opowieść osadzona w realiach wojny, a sama wojna jest tylko tłem. Tytułowa Furia to czołg, którego ekipę tworzy dość barwny zestaw amerykańskich żołnierzy. Na początku grupa traci jednego ze swoich i w zamian dostaje kompletnie niedoświadczonego chłopaka. Według mnie, to właśnie o nim jest ten film. Początkowo bojaźliwy i zahukany dzieciak, z czasem dojrzewa i zmienia się w żołnierza. Film doskonale pokazuje emocje grupy, ich tarcia i ich wielką przyjaźń, która potrafi wiele przezwyciężyć. Owszem, chwilami film może się wydawać nieco patetyczny i trochę fantast...

Zaczytany początek roku

Jak co roku, od jakiegoś czasu, Goodreads zachęca do postawienia sobie celu czytelniczego. Bawię się w to wyzwanie, tym bardziej, że w trakcie można zmienić swój cel. Założyłam sobie na ten rok przeczytanie 40 książek i póki co nie jest źle, bo czytam niemal co wieczór. Parę notek temu napisałam o swoich wrażeniach z książki, którą ukończyłam jako pierwszą w tym roku - The Book of Strange New Things. Dzisiaj czas na kilka słów o mojej kolejnej lekturze. "Pielgrzym" Terryego Hayes'a, to zupełnie niesamowita historia, która prowadzi nas przez kawał świata i dostarcza wielu wrażeń. Według mnie, jest to połączenie historii pisanych przez Dana Brown'a z Mission Impossible. Bond wysiada przy przygodach głównego bohatera książki :) Bohaterów książki jest właściwie dwóch - tytułowy Pielgrzym, który jest tajnym agentem niezwykle tajnej agencji, zwanej Dywizją oraz Saracen, czyli ten zły. Kiedy poznajemy głównego bohatera, nie jest jeszcze Pielgrzymem. Dawno zapomniał o sw...

Paczkowe kłopoty, czyli jak nie wysyłać paczek

Wyobraźcie sobie taką sytuację - jest kilka tygodni przed świętami, zamęt w sklepach i na poczcie. Mam wszystkie prezenty, które chcę wręczyć albo dostarczyć przed świętami, więc postanawiam wysłać paczkę. Paczka ma zostać dostarczona do Wielkiej Brytanii, więc nie do końca wierzę Poczcie Polskiej. Sprawdzam ceny i okazuje się, że Poczta ma ceny dość zaporowe, szczególnie, że wiem, jak działa nasz kochany monopolista. Przeglądam więc internetowe strony firm kurierskich i trafiam na nową usługę InPost - Cross Border Manager. Zaglądam więc na ich stronę, rejestruję się i próbuję ogarnąć ową usługę. Nie wydaje mi się CBM zbyt intuicyjny, ale nie poddaję się i zaczynam zlecać nadanie paczki. Wpisuję dane nadawcy i odbiorcy, klikam dalej, wpłacam żądaną kwotę za paczkę i... Dzieje się niewiele. Pokazuje się informacja, że paczka jest przygotowywana do odebrania ode mnie. Nie dostaję jednak żadnego maila z potwierdzeniem, ale myślę sobie, że pewnie trwa przetwarzanie zamówienia. Więc czekam....

Księga Dziwnych Nowych Rzeczy

Odnalazłam w sobie mój czytelniczy zapał i udało mi się dokończyć czytanie "The Book of Strange New Things" Michela Faber'a. Zaczęłam ją w listopadzie, ale dopiero teraz udało mi się odzyskać natchnienie i przeczytać tą książkę do końca. Utknęłam dokładnie w połowie, więc niewiele zostało mi do doczytania. Zanim wzięłam się do czytania, wpadła mi w oko jakaś recenzja czy opis tej książki i właściwie stąd moje zainteresowanie. Historia wydała mi się intrygująca. Od razu wiedziałam, że nie chcę czytać tej książki po polsku. Mam alergię na polskie tłumaczenia, ponieważ większość z nich jest tak fatalna, że przyprawia mnie o dreszcze i odruch wymiotny. Tak więc książkę kupiłam w Amazonie, w formie ebooka i wzięłam się do czytania. Nigdy wcześniej nie słyszałam o panu Faberze, ale teraz mam w planach przeczytać inne jego książki. Tym bardziej, że autor powiedział ( o tu ), że "The Book of Strange New Things", to ostatnia jego książka. Zdecydowanie nie jest to...

Świąteczne rozrywki

Kiedy mamy i babcie krzątają się po kuchni, powoli osiągając temperaturę wrzenia i na każde pytanie reagują warknięciem, trzeba zająć się sobą. Korzystając z urlopu, powoli odrabiam zaległości filmowe i konsolowe. Nie powiem, że spędzam cały czas gapiąc się w TV, ale nie powiem też, że zachowuję wstrzemięźliwość :) Na początek udało mi się dokończyć Tomb Raider - The Definitive Edition . Jak poprzednie części, w które grałam, również ta gra sprawiła mi wiele radości. Tak mam, że uwielbiam Lare Croft. Nie tylko w postaci, ale filmy też były całkiem ok. Może to dlatego, że bardzo lubię Angeline Jolie. Gra nie jest może szczególnie skomplikowana, chociaż to pewnie zależy od poziomu trudności, który wybierzemy. Historia jest fajnie opowiedziana i zdecydowanie wciąga. Spędziłam z nią kilkanaście albo nawet kilkadziesiąt godzin i czas zawsze mijał ekspresowo. Właściwie mogłabym tak grać i grać, dlatego byłam nieco zawiedziona, kiedy dotarłam do końca. Z niektór...

Był sobie Robot

Możecie jeszcze tego nie wiedzieć, ale jednym z moich ulubionych zajęć jest oglądanie seriali. Oglądam je w telewizji, w internecie, na komputerze i na VOD. Jednak nie o tym chciałam pisać. Niedawno skończyłam oglądać pierwszy sezon serialu "Mr. Robot" i bez względu na to, jakie były moje odczucia w trakcie oglądania poszczególnych odcinków, ta historia zostaje w pamięci. Sam tytuł obił mi się kilka razy o uszy albo oczy, ale nie do końca wiedziałam o czym to jest. Właściwie to myślałam, że może o jakimś robocie udającym człowieka albo odwrotnie. Jednak to kompletnie nie było to. "Mr. Robot" opowiada historię pewnego młodego człowieka, który ma problemy z życiem w społeczeństwie. Zwyczajnie nie może, nie chce i nie lubi wchodzić w interakcje z ludźmi. Wcale mu się nie dziwię... Po obejrzeniu pierwszego odcinka, byłam całkowicie zachwycona. Sposób przedstawienia historii, zdjęcia, kolory, muzyka - wszystko było perfekcyjne. Miałam cichą nadzieję, że kolejne odcinki...

Macanie przy komputerze, czyli Logitech T620

Obraz
Jestem zdecydowaną fanką różnych gadżetów, a myszki komputerowe można chyba zaliczyć. W ostatnich kilku miesiącach nabyłam dwie myszki. Mając jeszcze MacBook'a, używałam Magic Mouse od Apple. Uwielbiałam ją, ale szlag mnie trafiał, kiedy co miesiąc albo nawet częściej, musiałam zmieniać w niej baterie. Nie miałam podkładki ładującej, więc byłam skazana na częstą wymianę baterii. Rozstając się z Mac'iem, postanowiłam rozstać się również z Magic Mouse. Chciałam zastąpić ją czymś dobrej jakości, najlepiej częściowo dotykowym. Rozpoczęłam więc poszukiwania, przeglądanie sklepów i stron producentów. Wahałam się między Logitech a Microsoftem, bo kiedyś już miałam myszki tych firm i odpowiadały mi. W końcu zdecydowałam się na Logitech T620. Dlaczego taki wybór? Przede wszystkim bardzo spodobał mi się wygląd tej myszki :) W końcu jestem kobietą ;) Prawda, że jest śliczna? Wygląda jak drogocenny kamień. Jest dostępna w bieli i czerni, ale ja wolałam czerń. Jest elegancka. Kszta...