Zaczytany początek roku
Jak co roku, od jakiegoś czasu, Goodreads zachęca do postawienia sobie celu czytelniczego. Bawię się w to wyzwanie, tym bardziej, że w trakcie można zmienić swój cel. Założyłam sobie na ten rok przeczytanie 40 książek i póki co nie jest źle, bo czytam niemal co wieczór. Parę notek temu napisałam o swoich wrażeniach z książki, którą ukończyłam jako pierwszą w tym roku - The Book of Strange New Things. Dzisiaj czas na kilka słów o mojej kolejnej lekturze.
"Pielgrzym" Terryego Hayes'a, to zupełnie niesamowita historia, która prowadzi nas przez kawał świata i dostarcza wielu wrażeń. Według mnie, jest to połączenie historii pisanych przez Dana Brown'a z Mission Impossible. Bond wysiada przy przygodach głównego bohatera książki :)
Bohaterów książki jest właściwie dwóch - tytułowy Pielgrzym, który jest tajnym agentem niezwykle tajnej agencji, zwanej Dywizją oraz Saracen, czyli ten zły. Kiedy poznajemy głównego bohatera, nie jest jeszcze Pielgrzymem. Dawno zapomniał o swojej prawdziwej tożsamości, ale tak naprawdę do żadnego aliasu również się nie przywiązał. Zanim całkowicie wsiąkniemy w opowieść, bohater opowiada nam o swojej przeszłości. O tym, jak był adoptowanym dzieckiem, potem studentem, potem agentem, a na końcu został pisarzem. Zawsze był samotnikiem, aż "dobrał się" do niego nowojorski policjant, który przeczytał jego książkę i go odnalazł. Spalił jego legendę, ale obdarzył go przyjaźnią. O dziwo, Pielgrzym tę przyjaźń przyjął. Niestety, nie żyli później długo i szczęśliwie, bo pojawił się Saracen, który postanowił załatwić Stany Zjednoczone na cacy. Historia radykalnego islamisty przeplata się z opowieściami Pielgrzyma, aż w końcu się zrównują. Prezydent prosi naszego drogiego agenta o pomoc w walce z bioterrorystycznymi zapędami Saracena i wtedy to bohater książki staje się Pielgrzymem. Przyjmuje kolejną legendę i rusza do Turcji. Tam wszystko nabiera rozpędu, gmatwa się, rozwija i w końcu obaj panowie stają oko w oko.
Więcej nie zdradzę, bo ta historia przyniosła mi tyle frajdy, że nie chcę popsuć jej komuś innemu :)
Miłej lektury!
"Pielgrzym" Terryego Hayes'a, to zupełnie niesamowita historia, która prowadzi nas przez kawał świata i dostarcza wielu wrażeń. Według mnie, jest to połączenie historii pisanych przez Dana Brown'a z Mission Impossible. Bond wysiada przy przygodach głównego bohatera książki :)
Bohaterów książki jest właściwie dwóch - tytułowy Pielgrzym, który jest tajnym agentem niezwykle tajnej agencji, zwanej Dywizją oraz Saracen, czyli ten zły. Kiedy poznajemy głównego bohatera, nie jest jeszcze Pielgrzymem. Dawno zapomniał o swojej prawdziwej tożsamości, ale tak naprawdę do żadnego aliasu również się nie przywiązał. Zanim całkowicie wsiąkniemy w opowieść, bohater opowiada nam o swojej przeszłości. O tym, jak był adoptowanym dzieckiem, potem studentem, potem agentem, a na końcu został pisarzem. Zawsze był samotnikiem, aż "dobrał się" do niego nowojorski policjant, który przeczytał jego książkę i go odnalazł. Spalił jego legendę, ale obdarzył go przyjaźnią. O dziwo, Pielgrzym tę przyjaźń przyjął. Niestety, nie żyli później długo i szczęśliwie, bo pojawił się Saracen, który postanowił załatwić Stany Zjednoczone na cacy. Historia radykalnego islamisty przeplata się z opowieściami Pielgrzyma, aż w końcu się zrównują. Prezydent prosi naszego drogiego agenta o pomoc w walce z bioterrorystycznymi zapędami Saracena i wtedy to bohater książki staje się Pielgrzymem. Przyjmuje kolejną legendę i rusza do Turcji. Tam wszystko nabiera rozpędu, gmatwa się, rozwija i w końcu obaj panowie stają oko w oko.
Więcej nie zdradzę, bo ta historia przyniosła mi tyle frajdy, że nie chcę popsuć jej komuś innemu :)
Miłej lektury!
Komentarze
Prześlij komentarz