Księga Dziwnych Nowych Rzeczy
Odnalazłam w sobie mój czytelniczy zapał i udało mi się dokończyć czytanie "The Book of Strange New Things" Michela Faber'a. Zaczęłam ją w listopadzie, ale dopiero teraz udało mi się odzyskać natchnienie i przeczytać tą książkę do końca. Utknęłam dokładnie w połowie, więc niewiele zostało mi do doczytania.
Zanim wzięłam się do czytania, wpadła mi w oko jakaś recenzja czy opis tej książki i właściwie stąd moje zainteresowanie. Historia wydała mi się intrygująca. Od razu wiedziałam, że nie chcę czytać tej książki po polsku. Mam alergię na polskie tłumaczenia, ponieważ większość z nich jest tak fatalna, że przyprawia mnie o dreszcze i odruch wymiotny. Tak więc książkę kupiłam w Amazonie, w formie ebooka i wzięłam się do czytania.
Nigdy wcześniej nie słyszałam o panu Faberze, ale teraz mam w planach przeczytać inne jego książki. Tym bardziej, że autor powiedział (o tu), że "The Book of Strange New Things", to ostatnia jego książka.
Zdecydowanie nie jest to książka dla każdego, choćby dlatego, że autor wstawia w swój tekst kwestie napisane w języku kosmitów, z którymi spotyka się główny bohater książki. Niektórzy uznali to za błąd w edycji... Sama historia też nie jest lekka i przyjemna. Nie twierdzę, że wybitnie trudna, ale wymaga odrobiny zaangażowania umysłowego. O czym jest jednak ta książka? Spróbuję odpowiedzieć na to pytanie.
Na początek poznajemy Peter'a, który obecnie jest pastorem, ale w przeszłości był obywatelem z nizin społecznych. Ćpał, był alkoholikiem, poznał bezdomność i nie obce były mu drobne przestępstwa. Zresztą właśnie ucieczka przed policją, sprawiła, że trafił do szpitala, gdzie poznał swoją ukochaną żonę. Dobroduszna i głęboko religijna Bea uratowała go przed samozniszczeniem. Oboje mieli trudne dzieciństwo i to ich połączyło, między innymi. Peter przyłączył się do kościoła swojej żony, a z czasem został tam pastorem. Żyli sobie spokojnie, niosąc wiarę i pomoc, aż do chwili, kiedy Peter dostał propozycję nie do odrzucenia. Ogromna, międzynarodowa korporacja USIC, proponuje mu niezwykłą misję - lot na nowo skolonizowaną planetę, na której została utworzona baza owej korporacji. Pastor miał jednak ewangelizować nie ekipę bazy, a rdzennych mieszkańców planety. Jest to dla niego wielka okazja, więc decyduje się przyjąć ofertę korporacji. Jedynym minusem tego wyjazdu (a może wylotu/odlotu?) jest rozstanie z jego ukochaną żoną. Próbowali przekonać korpo, żeby wysłali ich oboje, ale się nie udało. Tak więc Bea zostaje w ich małym domku, a Peter odlatuje - najpierw do Stanów, a następnie w kosmos.
Prawdziwa przygoda rozpoczyna się właśnie na tej nowej planecie, w bazie USIC, która pełna jest dziwnie spokojnych ludzi. Peter jest niezwykle podekscytowany i nie może się doczekać, kiedy trafi do osady miejscowych. Najpierw musi jednak trochę odpocząć, mimo chęci poznania swojej nowej trzódki. Nowy świat, Oaza, jest zaskakujący. Woda smakuje tam melonem i jest lekko zielona, a deszcz pada w tańczących spiralach. Doba trwa więcej niż na Ziemi i zawsze jest gorąco. Nie widać gór, lasów ani zwierząt. Niemniej tkwi w tym świecie jakaś tajemnica. Baza jest bardziej analogowa niż cyfrowa, z małą liczbą nowych technologii i udogodnień. Jedyny sposób kontaktu Petera z Beą, to niby komputer wielkości szafki, służący tylko do wymiany wiadomości. Rzecz jasna, mogą to być tylko wiadomości, które nie są niewygodne dla korporacji.
Peter trafia w końcu do oazy lokalnych mieszkańców, zwanych przez personel bazy Dziwadłami. Ich widok zaskakuje naszego miłego pastora, ale jest przecież wspaniałym chrześcijaninem, którego serce otwarte jest dla każdego. Z początku patrzy na nich z czymś pomiędzy zdziwieniem a obrzydzeniem, ale wmawia sobie, że liczy się ich wnętrze, a nie wygląd. Chodzi przecież o ich dusze. Pastor poznaje swoich nowych wiernych i natychmiast zostaje zaskoczony wielkim zaangażowaniem parafian w naukę słowa bożego. Poznali wcześniej trochę Biblii, dzięki poprzednikowi Petera, który zniknął w tajemniczych okolicznościach. Pastor opowiada im historie biblijne, próbując dopasować je do możliwości językowych swoich wiernych, którzy mają problemy z wymawianiem s i t. Ich znajomość angielskiego, jak i pojmowanie różnych pojęć, sprawia im drobne kłopoty.
Pastor powoli wtapia się w lokalne życie, angażuje się w budowę kościoła i postanawia nauczyć się języka miejscowych. W tym samym czasie alienuje się od społeczności pracowników bazy, a nawet od żony. Na Ziemi dzieje się coraz gorzej i Bea jest coraz bardziej zestresowana i zmartwiona. Tęskni za mężem, a on za nią chyba nie aż tak. Nie potrafi odnieść się do sytuacji na Ziemi, a Oaza wciąga go coraz mocniej. Nie dba o siebie, nie pamięta o swoich potrzebach, wpada w dziwne nastroje. Ludzie w bazie wydają mu się coraz dziwniejsi i tak naprawdę tylko jedna osoba jest mu tam bliska. W pewnym momencie chce nawet coś z tym zrobić, ale chwila mija, a on nic nie robi.
Książka rozpoczyna się od niepewności, co spotka Petera na nowym świecie, a kończy się, zataczając krąg, w chwili, kiedy Peter znowu nie jest pewny co na niego czeka. Tym razem w domu, na Ziemi.
O czym więc jest ta książka tak naprawdę? Według mnie to opowieść o człowieczeństwie. Ale też o tym, że bóg nie jest potrzebny do życia. O tym, że ludzie boją się inności i często ich to gubi. To smutna historia, nie dająca nadziei na lepsze jutro. Ale to też piękna historia, dotykająca wnętrza i zostawiająca ślad.
Zanim wzięłam się do czytania, wpadła mi w oko jakaś recenzja czy opis tej książki i właściwie stąd moje zainteresowanie. Historia wydała mi się intrygująca. Od razu wiedziałam, że nie chcę czytać tej książki po polsku. Mam alergię na polskie tłumaczenia, ponieważ większość z nich jest tak fatalna, że przyprawia mnie o dreszcze i odruch wymiotny. Tak więc książkę kupiłam w Amazonie, w formie ebooka i wzięłam się do czytania.
Nigdy wcześniej nie słyszałam o panu Faberze, ale teraz mam w planach przeczytać inne jego książki. Tym bardziej, że autor powiedział (o tu), że "The Book of Strange New Things", to ostatnia jego książka.
Zdecydowanie nie jest to książka dla każdego, choćby dlatego, że autor wstawia w swój tekst kwestie napisane w języku kosmitów, z którymi spotyka się główny bohater książki. Niektórzy uznali to za błąd w edycji... Sama historia też nie jest lekka i przyjemna. Nie twierdzę, że wybitnie trudna, ale wymaga odrobiny zaangażowania umysłowego. O czym jest jednak ta książka? Spróbuję odpowiedzieć na to pytanie.
Na początek poznajemy Peter'a, który obecnie jest pastorem, ale w przeszłości był obywatelem z nizin społecznych. Ćpał, był alkoholikiem, poznał bezdomność i nie obce były mu drobne przestępstwa. Zresztą właśnie ucieczka przed policją, sprawiła, że trafił do szpitala, gdzie poznał swoją ukochaną żonę. Dobroduszna i głęboko religijna Bea uratowała go przed samozniszczeniem. Oboje mieli trudne dzieciństwo i to ich połączyło, między innymi. Peter przyłączył się do kościoła swojej żony, a z czasem został tam pastorem. Żyli sobie spokojnie, niosąc wiarę i pomoc, aż do chwili, kiedy Peter dostał propozycję nie do odrzucenia. Ogromna, międzynarodowa korporacja USIC, proponuje mu niezwykłą misję - lot na nowo skolonizowaną planetę, na której została utworzona baza owej korporacji. Pastor miał jednak ewangelizować nie ekipę bazy, a rdzennych mieszkańców planety. Jest to dla niego wielka okazja, więc decyduje się przyjąć ofertę korporacji. Jedynym minusem tego wyjazdu (a może wylotu/odlotu?) jest rozstanie z jego ukochaną żoną. Próbowali przekonać korpo, żeby wysłali ich oboje, ale się nie udało. Tak więc Bea zostaje w ich małym domku, a Peter odlatuje - najpierw do Stanów, a następnie w kosmos.
Prawdziwa przygoda rozpoczyna się właśnie na tej nowej planecie, w bazie USIC, która pełna jest dziwnie spokojnych ludzi. Peter jest niezwykle podekscytowany i nie może się doczekać, kiedy trafi do osady miejscowych. Najpierw musi jednak trochę odpocząć, mimo chęci poznania swojej nowej trzódki. Nowy świat, Oaza, jest zaskakujący. Woda smakuje tam melonem i jest lekko zielona, a deszcz pada w tańczących spiralach. Doba trwa więcej niż na Ziemi i zawsze jest gorąco. Nie widać gór, lasów ani zwierząt. Niemniej tkwi w tym świecie jakaś tajemnica. Baza jest bardziej analogowa niż cyfrowa, z małą liczbą nowych technologii i udogodnień. Jedyny sposób kontaktu Petera z Beą, to niby komputer wielkości szafki, służący tylko do wymiany wiadomości. Rzecz jasna, mogą to być tylko wiadomości, które nie są niewygodne dla korporacji.
Peter trafia w końcu do oazy lokalnych mieszkańców, zwanych przez personel bazy Dziwadłami. Ich widok zaskakuje naszego miłego pastora, ale jest przecież wspaniałym chrześcijaninem, którego serce otwarte jest dla każdego. Z początku patrzy na nich z czymś pomiędzy zdziwieniem a obrzydzeniem, ale wmawia sobie, że liczy się ich wnętrze, a nie wygląd. Chodzi przecież o ich dusze. Pastor poznaje swoich nowych wiernych i natychmiast zostaje zaskoczony wielkim zaangażowaniem parafian w naukę słowa bożego. Poznali wcześniej trochę Biblii, dzięki poprzednikowi Petera, który zniknął w tajemniczych okolicznościach. Pastor opowiada im historie biblijne, próbując dopasować je do możliwości językowych swoich wiernych, którzy mają problemy z wymawianiem s i t. Ich znajomość angielskiego, jak i pojmowanie różnych pojęć, sprawia im drobne kłopoty.
Pastor powoli wtapia się w lokalne życie, angażuje się w budowę kościoła i postanawia nauczyć się języka miejscowych. W tym samym czasie alienuje się od społeczności pracowników bazy, a nawet od żony. Na Ziemi dzieje się coraz gorzej i Bea jest coraz bardziej zestresowana i zmartwiona. Tęskni za mężem, a on za nią chyba nie aż tak. Nie potrafi odnieść się do sytuacji na Ziemi, a Oaza wciąga go coraz mocniej. Nie dba o siebie, nie pamięta o swoich potrzebach, wpada w dziwne nastroje. Ludzie w bazie wydają mu się coraz dziwniejsi i tak naprawdę tylko jedna osoba jest mu tam bliska. W pewnym momencie chce nawet coś z tym zrobić, ale chwila mija, a on nic nie robi.
Książka rozpoczyna się od niepewności, co spotka Petera na nowym świecie, a kończy się, zataczając krąg, w chwili, kiedy Peter znowu nie jest pewny co na niego czeka. Tym razem w domu, na Ziemi.
O czym więc jest ta książka tak naprawdę? Według mnie to opowieść o człowieczeństwie. Ale też o tym, że bóg nie jest potrzebny do życia. O tym, że ludzie boją się inności i często ich to gubi. To smutna historia, nie dająca nadziei na lepsze jutro. Ale to też piękna historia, dotykająca wnętrza i zostawiająca ślad.
Komentarze
Prześlij komentarz