Opowieści z frontu (i nie tylko)
Nie jestem fanką historii wojennych. Właściwie nie ma znaczenia, czy to film, książka czy jakieś inne medium. Nasłuchałam się o wojnie od dziadków i sąsiadów, więc zwykle unikam tego tematu, kiedy wybieram film na wieczór. Jednak ostatnio zdarzyło mi się obejrzeć dwa takie filmy. Nie tylko je obejrzałam, w dodatku mi się podobały.
Pierwszy z tych filmów to Furia. Jest to opowieść wojenna, ale tylko na pozór. Właściwie jest to opowieść osadzona w realiach wojny, a sama wojna jest tylko tłem. Tytułowa Furia to czołg, którego ekipę tworzy dość barwny zestaw amerykańskich żołnierzy. Na początku grupa traci jednego ze swoich i w zamian dostaje kompletnie niedoświadczonego chłopaka. Według mnie, to właśnie o nim jest ten film. Początkowo bojaźliwy i zahukany dzieciak, z czasem dojrzewa i zmienia się w żołnierza. Film doskonale pokazuje emocje grupy, ich tarcia i ich wielką przyjaźń, która potrafi wiele przezwyciężyć. Owszem, chwilami film może się wydawać nieco patetyczny i trochę fantastyczny, ale mimo to, jest świetnie napisaną i nakręconą opowieścią.
Drugi film, który chcę wspomnieć, to Ocalony. Ta historia jest zupełnie inna, niż ta z Furii. Jest bardziej współczesna, bo osadzona w Afganistanie i bardziej brutalna. Film opowiada historię grupy amerykańskich żołnierzy, którzy mają zlikwidować jednego z dowódców Talibów. Właściwie wszystko co mogło pójść nie tak, poszło nie tak. Zaczęło się od kompletnie przypadkowego spotkania z miejscowymi pasterzami, a później wszystko potoczyło się z górki. Większość filmu pokazuje walkę o przetrwanie w nieznanym terenie. Jest to walka o życie. Jest to też historia o poświęceniu się dla innych. I o tym, że człowiek jest jednocześnie straszną mendą i najlepszym przyjacielem dla drugiego człowieka. Oczywiście nie ten sam człowiek ;) W czasie, kiedy grupa Talibów po kolei wybijała Amerykanów, inny muzułmanin uratował życie tytułowemu ocalonemu. Uratował go, nie zważając na to, że sam też może zginąć z rąk Talibów. Dobro jednak czasem zwycięża, co jest tym bardziej budujące, że jest to historia oparta na faktach.
Obejrzałam też dwa inne filmidła - Marsjanin i Bezwstydny Mordecai. Nie będę nawet linkowała, bo szkoda czasu na takie pierdoły. W Marsjaninie podobała mi się jedna scena - kiedy bohater mówi, że ch go strzela, a potem je ziemniaki z Vicodinem, bo skończył się ketchup. Piękne to było! ;) W książce chyba tego nie było, przynajmniej nie pamiętam. Co do Mordecaia... Cóż, obsada naprawdę super, ale jedynie Paul Bettany ratował ten film. Cała reszta to dno.
Mam też dla Was update w sprawie InPostu - kilka dni po notce, w której opisałam całą historię, ponownie wysłałam maila do pani w bok'u. Chwilę musiałam odczekać, a następnie dowiedziałam się, że księgowość ma opóźnienie, więc muszę poczekać. Jakoś mnie to nie zdziwiło... Jednak wczoraj nastąpił cud i dostałam przelew ze zwrotem całej wpłaconej kwoty. Uff! Nigdy więcej zabaw z InPostem!
Pierwszy z tych filmów to Furia. Jest to opowieść wojenna, ale tylko na pozór. Właściwie jest to opowieść osadzona w realiach wojny, a sama wojna jest tylko tłem. Tytułowa Furia to czołg, którego ekipę tworzy dość barwny zestaw amerykańskich żołnierzy. Na początku grupa traci jednego ze swoich i w zamian dostaje kompletnie niedoświadczonego chłopaka. Według mnie, to właśnie o nim jest ten film. Początkowo bojaźliwy i zahukany dzieciak, z czasem dojrzewa i zmienia się w żołnierza. Film doskonale pokazuje emocje grupy, ich tarcia i ich wielką przyjaźń, która potrafi wiele przezwyciężyć. Owszem, chwilami film może się wydawać nieco patetyczny i trochę fantastyczny, ale mimo to, jest świetnie napisaną i nakręconą opowieścią.
Drugi film, który chcę wspomnieć, to Ocalony. Ta historia jest zupełnie inna, niż ta z Furii. Jest bardziej współczesna, bo osadzona w Afganistanie i bardziej brutalna. Film opowiada historię grupy amerykańskich żołnierzy, którzy mają zlikwidować jednego z dowódców Talibów. Właściwie wszystko co mogło pójść nie tak, poszło nie tak. Zaczęło się od kompletnie przypadkowego spotkania z miejscowymi pasterzami, a później wszystko potoczyło się z górki. Większość filmu pokazuje walkę o przetrwanie w nieznanym terenie. Jest to walka o życie. Jest to też historia o poświęceniu się dla innych. I o tym, że człowiek jest jednocześnie straszną mendą i najlepszym przyjacielem dla drugiego człowieka. Oczywiście nie ten sam człowiek ;) W czasie, kiedy grupa Talibów po kolei wybijała Amerykanów, inny muzułmanin uratował życie tytułowemu ocalonemu. Uratował go, nie zważając na to, że sam też może zginąć z rąk Talibów. Dobro jednak czasem zwycięża, co jest tym bardziej budujące, że jest to historia oparta na faktach.
Obejrzałam też dwa inne filmidła - Marsjanin i Bezwstydny Mordecai. Nie będę nawet linkowała, bo szkoda czasu na takie pierdoły. W Marsjaninie podobała mi się jedna scena - kiedy bohater mówi, że ch go strzela, a potem je ziemniaki z Vicodinem, bo skończył się ketchup. Piękne to było! ;) W książce chyba tego nie było, przynajmniej nie pamiętam. Co do Mordecaia... Cóż, obsada naprawdę super, ale jedynie Paul Bettany ratował ten film. Cała reszta to dno.
Mam też dla Was update w sprawie InPostu - kilka dni po notce, w której opisałam całą historię, ponownie wysłałam maila do pani w bok'u. Chwilę musiałam odczekać, a następnie dowiedziałam się, że księgowość ma opóźnienie, więc muszę poczekać. Jakoś mnie to nie zdziwiło... Jednak wczoraj nastąpił cud i dostałam przelew ze zwrotem całej wpłaconej kwoty. Uff! Nigdy więcej zabaw z InPostem!
Komentarze
Prześlij komentarz